
Big Love
reż. B. Białowąs • Polska, 2012
Sex, drugs and rock'n'roll - oto naczelna dewiza pełnometrażowego debiutu reżyserskiego Barbary Białowąs. Jest młodość, dzikość, seks, przemoc i świeżość. I seks raz jeszcze. Dużo młodzieńczego buntu, dużo cierpienia i niezmierzone pokłady miłości. Toksycznej, bolesnej, narkotycznej miłości. Miłości prawdziwej, niszczycielskiej, przejmującej. Wolnej miłości, jaką swego czasu propagowały dzieci-kwiaty...
To dobry obraz. Taki, że nie trzeba obok słowa "dobry" stawiać oklepanej formułki "jak na polskie realia". Nie jest wybitny, nie ustrzegł się błędów i nielogiczności, ale jest dobry i wart uwagi. Bo wreszcie na Walentynki zaserwowano nam w kinach coś więcej niż ckliwą sieczkę o miłości, opartą na (za przeproszeniem) do wyrzygania ogranych schematach.
W Big Love nie ma happy-endu, nie ma lukrowanych dialogów i kiczowatych scenek przepełnionych wzniosłością. Postawiono tu na inne środki - surowość i naturalność. Bohaterowie są urzekająco autentyczni, magnetyczni i podziwia się ich na ekranie z wielką przyjemnością.

Big Love to historia nastoletniego dziewczęcia, powoli odkrywającego świat dzięki starszemu chłopakowi. Maciek jest tajemniczy, przystojny i czuły. Dla zbuntowanej szesnastolatki - facet idealny. Oboje są piękni i młodzi, mogą podbijać świat, mogą żyć tylko dla siebie. Ale sielanka szybko się kończy, a jej finał jest tragiczny, czego dowiadujemy się już w pierwszych minutach filmu. Od początku tylko czekamy na rozwiązanie, powoli układając w całość puzzle zaserwowane przez Białowąs.
Ale nie wszystkie puzzle pasują do układanki. Nie wszystkie fakty układają się w spójną całość. Szereg niedomówień uznaję za dobrą stronę filmu, jednak kilka znaczących nieścisłości psuje obraz całości. Twórcy filmu pogubili się nieco w nielinearności akcji, w przeplataniu wątków i przywoływaniu retrospekcji. Wreszcie - w budowaniu postaci. Oto mój główny zarzut wobec Big Love. Drugi dotyczy stawiania na pewne oklepane schematy, na zbyt oczywistą symbolikę, sporo banału. Bo choć generalnie film wyłamuje się z szablonu "polskiej produkcji o miłości", to jednak sam w sobie zawiera sporo elementów ogranych i do bólu banalnych.

Kiedy przed paroma tygodniami obejrzałam zwiastun filmu, obawiałam się o to, jak bardzo irytująca będzie odtwórczyni głównej roli - Aleksandra Hamkało. Obawy moje były nieuzasadnione, co przyznaję szczerze już po obejrzeniu filmu. Młoda aktorka spisała się znakomicie - dodała postaci charakteru, ognia, świeżości. Z bardzo dobrej strony zaprezentował się również - pozostający nieco w cieniu swej partnerki - Antek Pawlicki. Wielkie brawa należą się temu duetowi za stworzenie magnetycznej, elektryzującej i pełnej autentyczności relacji. Nic tak nie psuje obrazu, jak brak chemii między tymi, których powinna łączyć namiętność. Hamkało i Pawlickiemu problem ten jest obcy - oni jako para spisali się wybornie. Takie pary chce się oglądać na ekranie. Przy okazji ślę ukłon w stronę Barbary Białowąs za to, że przełamała schemat serwowania ujęć pościelowych, zaciemnionych, zza ściany - w Big Love nic nie jest ukryte. Tutaj miłość, nagość i namiętność atakują odbiorcę w pełnej krasie. Komuś może się to nie podobać, a ja przyklasnę za odwagę.

Od strony technicznej zrealizowano Big Love bardzo dobrze. Twórcy filmu mieli na niego pewien doskonały pomysł i ów pomysł się sprawdził. Nie wypadł wybitnie, ale na tyle dobrze, że pozostanie w mej pamięci na długo. Pozwala mieć jednocześnie nadzieję, że Barbara Białowąs w przyszłości czymś nas jeszcze zaskoczy. Jeżeli konsekwentnie będzie odwracać się od tego, co modne i najbardziej oklepane (choć nie oszukujmy się - i ona zrobiła film dla "mas"), może wreszcie wrócimy do czasów, w których nie było wstydem pójść do kina na rodzimą produkcję. Ja zresztą twierdzę, że nie jest w tej kwestii wcale tak źle, jak to się mówi - trzeba po prostu wiedzieć jakie kino i jaki film wybrać...
Moja ocena: 8/10
PS. Jednego nie daruję twórcom filmu - plakatu! Piękną Hamkało potraktowali takim fotoszopem, że aż się smutno robi.
Zdjęcia pochodzą ze strony FilmWeb.
To dobry obraz. Taki, że nie trzeba obok słowa "dobry" stawiać oklepanej formułki "jak na polskie realia". Nie jest wybitny, nie ustrzegł się błędów i nielogiczności, ale jest dobry i wart uwagi. Bo wreszcie na Walentynki zaserwowano nam w kinach coś więcej niż ckliwą sieczkę o miłości, opartą na (za przeproszeniem) do wyrzygania ogranych schematach.
W Big Love nie ma happy-endu, nie ma lukrowanych dialogów i kiczowatych scenek przepełnionych wzniosłością. Postawiono tu na inne środki - surowość i naturalność. Bohaterowie są urzekająco autentyczni, magnetyczni i podziwia się ich na ekranie z wielką przyjemnością.

Big Love to historia nastoletniego dziewczęcia, powoli odkrywającego świat dzięki starszemu chłopakowi. Maciek jest tajemniczy, przystojny i czuły. Dla zbuntowanej szesnastolatki - facet idealny. Oboje są piękni i młodzi, mogą podbijać świat, mogą żyć tylko dla siebie. Ale sielanka szybko się kończy, a jej finał jest tragiczny, czego dowiadujemy się już w pierwszych minutach filmu. Od początku tylko czekamy na rozwiązanie, powoli układając w całość puzzle zaserwowane przez Białowąs.
Ale nie wszystkie puzzle pasują do układanki. Nie wszystkie fakty układają się w spójną całość. Szereg niedomówień uznaję za dobrą stronę filmu, jednak kilka znaczących nieścisłości psuje obraz całości. Twórcy filmu pogubili się nieco w nielinearności akcji, w przeplataniu wątków i przywoływaniu retrospekcji. Wreszcie - w budowaniu postaci. Oto mój główny zarzut wobec Big Love. Drugi dotyczy stawiania na pewne oklepane schematy, na zbyt oczywistą symbolikę, sporo banału. Bo choć generalnie film wyłamuje się z szablonu "polskiej produkcji o miłości", to jednak sam w sobie zawiera sporo elementów ogranych i do bólu banalnych.

Kiedy przed paroma tygodniami obejrzałam zwiastun filmu, obawiałam się o to, jak bardzo irytująca będzie odtwórczyni głównej roli - Aleksandra Hamkało. Obawy moje były nieuzasadnione, co przyznaję szczerze już po obejrzeniu filmu. Młoda aktorka spisała się znakomicie - dodała postaci charakteru, ognia, świeżości. Z bardzo dobrej strony zaprezentował się również - pozostający nieco w cieniu swej partnerki - Antek Pawlicki. Wielkie brawa należą się temu duetowi za stworzenie magnetycznej, elektryzującej i pełnej autentyczności relacji. Nic tak nie psuje obrazu, jak brak chemii między tymi, których powinna łączyć namiętność. Hamkało i Pawlickiemu problem ten jest obcy - oni jako para spisali się wybornie. Takie pary chce się oglądać na ekranie. Przy okazji ślę ukłon w stronę Barbary Białowąs za to, że przełamała schemat serwowania ujęć pościelowych, zaciemnionych, zza ściany - w Big Love nic nie jest ukryte. Tutaj miłość, nagość i namiętność atakują odbiorcę w pełnej krasie. Komuś może się to nie podobać, a ja przyklasnę za odwagę.

Od strony technicznej zrealizowano Big Love bardzo dobrze. Twórcy filmu mieli na niego pewien doskonały pomysł i ów pomysł się sprawdził. Nie wypadł wybitnie, ale na tyle dobrze, że pozostanie w mej pamięci na długo. Pozwala mieć jednocześnie nadzieję, że Barbara Białowąs w przyszłości czymś nas jeszcze zaskoczy. Jeżeli konsekwentnie będzie odwracać się od tego, co modne i najbardziej oklepane (choć nie oszukujmy się - i ona zrobiła film dla "mas"), może wreszcie wrócimy do czasów, w których nie było wstydem pójść do kina na rodzimą produkcję. Ja zresztą twierdzę, że nie jest w tej kwestii wcale tak źle, jak to się mówi - trzeba po prostu wiedzieć jakie kino i jaki film wybrać...
Moja ocena: 8/10
PS. Jednego nie daruję twórcom filmu - plakatu! Piękną Hamkało potraktowali takim fotoszopem, że aż się smutno robi.
Zdjęcia pochodzą ze strony FilmWeb.






Ja czytałem, że słaby :P dlatego idę na Różę :P
OdpowiedzUsuńDlatego warto byłoby przeczytać, co napisałam ja ;) Wtedy mógłbyś pisać "czytałem, że dobry" :)
Usuń"Różę" popieram. Nie uważam, aby "Big Love" wymagało natychmiastowego oglądania w kinie.
Jeśli będzie na zalukaj - obejrzę ;D
OdpowiedzUsuńNie skuszę sie.
OdpowiedzUsuńBo jeśli rzeczywiście jest dobry - to będę ryczeć
A jeśli zły,to wścieknę się na stracony czas.
No i nienawidzę takich "pięknych" facetów. Taki uraz :P
Nie zgodzę się z jednym- na pewno z tym, że sama Białowąs wplątała do filmu sam banał, którego tak się wystrzega- sama odebrałam to jako celowy zabieg. Film mnnie urzekł, oglądam wszystko co polskie (od komedyjek romantycznych, aż do naszych typowo polskich dramatów) i miał w sobie to coś. No i dla mnie Pawlicki wykreował swą postać nawet lepiej:)
OdpowiedzUsuńCiesze sie, ze nie tylko mnie sie podobalo!
Tak, Antek swoją postać stworzył wybornie - od pierwszych do ostatnich scen zachwyca. Ale mimo wszystko blask Hamkało go przyćmił. Dziewczyna nie zagrała lepiej, ale przekazała więcej, bardziej przykuła uwagę. Dlatego uważam, że Pawlicki pozostał nieco w jej cieniu.
UsuńCzy zabieg był celowy - nie wiem, być może. Ale dla mnie nie był potrzebny :)
Dzięki za recenzję, ostatnio w kinie widziałam zwiastun i byłam zaintrygowana.
OdpowiedzUsuńja chyba do kina wybiorę się najpierw na "W ciemności", a następnie jeśli będą jeszcze grali ten film w moim kinie na "Big love"
OdpowiedzUsuńZastanawiałam się, czy obejrzeć tę produkcję, lecz Twoja recenzja tylko umocniła mnie w przekonaniu, że warto zobaczyć ten film.
OdpowiedzUsuńOglądałam jakiś miesiąc temu, a może dawniej, wywiad z Aleksandrą Hamkało. Opowiadała właśnie o tych odważnych scenach. Właściwie tak jest. Pewnie inna forma wprowadziłaby nutę fałszu. Anatomia współczesnej miłości ma w sobie coś z ekshibicjonizmu. To będzie podobać się młodym, starszym pewnie nie. Znak zmienności czasów.:)
OdpowiedzUsuńZazdroszczę, ja przez głupie godziny pracy nie mam jak chodzić do kina, a jak mam, to nie mam już siły :((
OdpowiedzUsuńPawlicki - jeden z moich ulubionych polskich aktorów :)
OdpowiedzUsuńZastanawiałam się, czy nie pójść na to do kina, ale chyba poczekam na dvd.
Bardzo ładne to ostatnie zdanie :) Trzeba wiedzieć co wybrać :) Niestety, filmu nie obejrzę, bo musiałabym pojechać do innego miasta :( Pozostaje czekać na DVD ale na pewno będę o nim pamiętać.
OdpowiedzUsuńŚwietna recenzja, mam bardzo podobne odczucia. A w szczególności jeśli chodzi o plakat! :)
UsuńCieszy mnie to, że tak pozytywnie odebrałaś Hamkało, bo również miałam obawy, że będzie irytująca. :)
OdpowiedzUsuńNa pewno obejrzę ze względu na to, że to nie jest kolejna szablonowa komedyjka. ;)
na pewno obejrzę :)
OdpowiedzUsuńjakoś mnie nie przekonuje ani ten plakat ani trailer. boję się, że ten film będzie wymuszony, na siłę pokazywane kontrowersyjne sceny itd. z pewnością obejrzę go z ciekawości, za jakiś czas, bo tak jak piszesz, film ma też swoje dobre strony :)
OdpowiedzUsuń